Ekspres do kawy do małego biura – ciśnieniowy, przelewowy czy kapsułkowy?

W małym biurze ekspres potrafi wywołać więcej emocji niż grafik urlopów. Jedna osoba chce mocne espresso, druga dolewa pół kubka mleka, a trzecia marzy tylko o tym, żeby kawa była gotowa w dwie minuty i bez czyszczenia całej kuchni.

Dlatego wybór ekspresu nie powinien zaczynać się od pytania: „Który robi najlepszą kawę?”. Lepsze pytanie brzmi: „Jak naprawdę pijemy kawę w tym biurze?”. To codzienne nawyki zdecydują, czy urządzenie będzie używane z przyjemnością, czy po miesiącu zacznie straszyć zaschniętym mlekiem i kontrolką odkamieniania.

Ekspres ciśnieniowy daje najwięcej, ale też najwięcej wymaga

Automatyczny ekspres ciśnieniowy jest moim pierwszym wyborem do biura, w którym pracuje kilka osób i kawa rzeczywiście ma znaczenie. Świeżo mielone ziarna, espresso, americano, cappuccino za naciśnięciem przycisku. Brzmi idealnie i często takie jest.

Problem zaczyna się wtedy, gdy wszyscy chcą pić, ale nikt nie chce czyścić. Pojemnik na fusy zapełnia się po kilkunastu kawach, tacka wymaga opróżniania, a system mleczny trzeba przepłukać codziennie. Widziałem ekspresy za kilka tysięcy złotych, które po pół roku wyglądały gorzej niż czajnik w warsztacie. Nie zawinił sprzęt. Zawinił brak zasad.

Ekspres ciśnieniowy ma sens, gdy:

• w biurze regularnie pije kawę przynajmniej pięć osób,
• pracownicy wybierają różne napoje, także kawy mleczne,
• ktoś odpowiada za czyszczenie i uzupełnianie ziaren,
• budżet pozwala kupić solidny model, a nie najtańszy automat z długą listą funkcji.

Nie kupowałbym rozbudowanego ekspresu do biura, w którym powstaje sześć kaw dziennie. To jak zakup kserokopiarki do drukowania dwóch faktur tygodniowo. Efektowny sprzęt, słabo wykorzystany.

Przelewowy wygrywa tam, gdzie kawa ma po prostu czekać

Ekspres przelewowy nie imponuje ekranem, ale w wielu małych firmach jest najbardziej rozsądnym rozwiązaniem. Wsypujemy kawę, wlewamy wodę, naciskamy przycisk i po kilku minutach mamy cały dzbanek. Bez kolejki. Bez mielenia kolejnych porcji.

To dobry wybór do biura, w którym ludzie piją głównie czarną kawę o podobnej porze. Wyobraźmy sobie sześcioosobowy zespół zaczynający pracę o ósmej. Jedna osoba uruchamia ekspres, a chwilę później każdy nalewa sobie kubek. Prosto, szybko, tanio.

Trzeba jednak uważać na podgrzewaną płytę. Kawa pozostawiona na niej przez dwie godziny nie staje się „bardziej biurowa”, tylko gorzka. Lepszy będzie model z termosem, który utrzymuje temperaturę bez przypalania naparu.

Przelewowy ekspres nie zadowoli fanów espresso ani mlecznej pianki. Za to pod względem kosztu filiżanki, czyszczenia i obsługi trudno go pokonać.

Kapsułki są wygodne, dopóki nie policzymy zużycia

Ekspres kapsułkowy kusi małym rozmiarem i prostą obsługą. Wkładamy kapsułkę, naciskamy przycisk, gotowe. Do dwuosobowego biura albo niewielkiego gabinetu może być dobrym rozwiązaniem, szczególnie gdy kawa powstaje kilka razy dziennie.

W większym zespole szybko wychodzą jednak jego słabości. Kapsułki kosztują więcej niż porcja kawy ziarnistej lub mielonej, pojemnik na zużyte opakowania zapełnia się błyskawicznie, a wybór napojów uzależnia firmę od jednego systemu. Tani ekspres może więc generować wysoki koszt przez kolejne lata.

Przy dziesięciu kawach dziennie powstaje około 220 porcji miesięcznie. Różnica 80 groszy na jednej kawie oznacza ponad 170 zł dodatkowego wydatku co miesiąc. Nagle urządzenie kupione za kilkaset złotych przestaje wyglądać jak okazja.

Najpierw policz kawy, potem oglądaj modele

Do małego biura najczęściej wybrałbym automat ciśnieniowy albo ekspres przelewowy. Automat sprawdzi się tam, gdzie liczy się smak, różnorodność i wygoda pojedynczej porcji. Przelewowy będzie lepszy, gdy zespół pije dużo czarnej kawy i nie potrzebuje baristy zamkniętego w plastikowej obudowie.

Kapsułkowy zostawiłbym dla bardzo małych zespołów, gabinetów i miejsc używających ekspresu sporadycznie. Jego wygoda jest prawdziwa, ale równie prawdziwy jest koszt każdej kapsułki.

Najgorszy ekspres to nie ten, który ma mniej funkcji. Najgorszy jest ten, który pasował do reklamy, ale nie pasuje do ludzi stojących codziennie przy biurowym blacie.